Naprawcza emulsja na noc Avon Solutions Truly Radiant.

Dzisiaj u mnie było bardzo ciepło i słonecznie. Dzień muszę zaliczyć do udanych i bardzo pracowitych. Udało mi się zrobić projekt DIY, który niedługo pojawi się na blogu, z którego jestem bardzo zadowolona. Dzisiaj kosmetyk, a konkretnie krem na noc Avon Solutions Truly Radiant, o którym sama do końca nie wiem co myśleć. Nie mogę zamknąć go w ramie dobry lub zły. Jak dla mnie jego formuła jest dość zabawna.




Bardzo długo zwlekałam z recenzją tego kremu, bo na prawdę nie wiedziałam sama co mam o nim napisać. Dzisiaj produkt sięga denka, bardzo mocno. Niedługo wyląduje w koszu, więc już czas coś o nim wspomnieć.
Na początek dane techniczne. Cena za 50 ml to 20 zł. Przychodzi w kartonowym opakowaniu, w którym zamknięty jest szklany słoiczek. Swoją drogą bardzo lubię jak kremy są opakowane w szkło. Konsystencja jak sama nazwa wskazuje jest dość rzadka, przypomina żel. Zapach przyjemny, lekko alkoholowy. Zabawne w tym kremie jest to, że producent zatopił w nim maleńkie złote drobinki. Możecie je zobaczyć na zdjęciu poniżej. Na jaką cholerę komu drobinki w kremie, a zwłaszcza kremie na noc nie wiem. Jest to dość zabawne. Emulsja jest bardzo wydajna.


Działanie określiłabym jako nic specjalnego. Myślę, że nadaje się bardziej dla osób ze skórą suchą lub mieszaną w stronę suchej. Ja taką mam i u mnie sprawdził się całkiem ok. Myślę, że osoby z cerą normalną lub tłustą nie będą zadowolone, bo gdy posmarujemy się emulsją Avon Solutions Truly Radiant świecimy się jak najjaśniejsza lampa na ulicy. Może to sprawka tych drobinek. Efekt beznadziejny i bezsensowny. Nawilża średnio, ale to nie jest jego główne zadanie. Jak sama nazwa wskazuje krem ma sprawiać, że nasza skóra będzie promienna. Moim zdaniem tego nie robi. Jeżeli chodzi o wyrównanie kolorytu to muszę przyznać, że chyba coś zdziałał i moja twarz stała się trochę bardziej blada a koloryt równomierny. Lubię to, że ten żel ma nietłustą formułę i nie zapycha porów. Na początku stosowania trochę się wystraszyłam, bo po aplikacji skóra lekko piekła, ale nie pojawiły się żadne podrażnienia. Po tygodniu na szczęście to ustało.

Sama nie wiem czy lubię ten krem czy nie. Podobała mi się jego nietłusta żelowa formuła, to że nawilżał, nie podrażniał i wyrównał koloryt. Nie podobało mi się to, że tak bardzo się po nim świeciłam i te głupawe drobinki.  Raczej nie wrócę do niego, bo to nie było nic specjalnego. Jego następca z Lirene już czeka w szufladzie, ale o tym za jakiś czas :)

8 komentarzy :

  1. Ja mam cerę mieszaną i raczej się nie skuszę... Nie kupuję kosmetyków Avon, jakoś nie mogę się do nich przekonać :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też raczej do tego kremu nie wrócę. Avon tak jak każda firma ma swoje perełki i buble, ale większość ich produktów to średniaki.

      Usuń
  2. Ja mam cerę mieszaną, chyba by się u mnie nie sprawdził...

    OdpowiedzUsuń
  3. Też mam cerę mieszaną, jakoś rzadko sięgam po tą serię, a praktycznie wcale.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też w sumie rzadko, ale ten krem był nowością i jakoś tak mnie zaciekawił.

      Usuń
  4. Haha rozbawiłaś mnie opisem ze świecącą lampą ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz :) Odwiedzam strony osób komentujących.
Treści reklamowe zostaną usunięte.

Karolina W blog Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie treści bez zgody autora zabronione.